Lekarz

Emigracja do Kanady dla kolegów lekarzy
Post przygotowany przez lekarza-Polaka mieszkającego w Kanadzie i pracującego w swoim zawodzie po studiach medycznych w USA.*

 Jest to wpis kierowany do lekarzy, a nie stomatologów. I proszę, darujmy sobie bezsensowną dyskusję, czy dentysta to lekarz 😉 Po prostu to zupełnie inna bajka od strony formalnej i niestety, jeśli jesteś dentystą, to ten wpis na wiele ci się nie przyda.

Zaznaczam, że nie jest to wpis encyklopedyczny, a jedynie zarys całego procesu. Starałem się w miarę możliwości sprawdzać liczby, które miałem w pamięci, ale raz, że zmieniają się one co roku, a dwa: grzebanie na stronach rządowych w poszukiwaniu statystyk do najprzyjemniejszych nie należy. Mimo wszystko myślę, że moje wypociny przedstawiają dość realny obraz rzeczywistości. Nie widziałem też nigdzie podobnego wpisu od innego lekarza na ten temat, więc, jak to się mówi, lepszy rydz niż nic.

Żeby ten wpis był w miarę strawny, musiałem uprościć wiele kwestii – inaczej 30 stron A4 byłoby mało. Nie zdziw się więc, jak zaczniesz sprawdzać dokładne wymogi i wyjdzie ci, że są jeszcze jakieś dodatkowe papiery i egzaminy po drodze.

Kompletnie sobie również odpuść słuchanie opowieści czy porad od ludzi niezwiązanych z medycyną, a właściwie to od kogokolwiek innego niż inni lekarze. Z tych samych powodów, dla których jak chcesz emigrować jako elektryk, to lepiej pytaj elektryka – a nie mechanika czy lekarza. Widziałem już porady typu „jako lekarz musisz zrobić studia od nowa” (w 99,99% kompletna bzdura, bo robisz rezydenturę) albo że „wszyscy lekarze w USA czy Kanadzie zarabiają miliony” – w zależności od statystyk tylko od 2 do 5% ludzi zarabia powyżej 1 mln… brutto.

 Czasem zdarzy mi się odnieść do całej Kanady – będę miał wtedy na myśli tę „medyczną Kanadę”, a właściwie to „lekarską Kanadę” i raczej w odniesieniu do spraw związanych z byciem lekarzem.

 Koniec końców zrób swój własny research i oceń sam. Nie mam monopolu na prawdę 😉 Informacje powinny być aktualne na koniec 2018 i przynajmniej jeśli chodzi o wszelkie liczby / stosunek pomiędzy nimi, powinny być użyteczne do 2022-2023 r.

 Zacznijmy od tego, że emigracja do Kanady jako lekarz jest stosunkowo prosta, ale ma się nijak do możliwości pracy w zawodzie po przeprowadzce. O ile istnieje coś takiego jak „prosta” emigracja.

 Druga sprawa – droga do nostryfikacji i rezydentury jest podobna w całej Kanadzie (poza Quebec), więc nie ma większej różnicy, o jakiej prowincji myślisz. Aplikacja na rezydentury odbywa się poprzez system scentralizowany dla całego kraju.

 Kolejna istotna informacja jest taka, że PR jest wymogiem, aby podejść do nostryfikacji.

             Nie będę wchodził w czysto papierologiczne aspekty całego procesu, który w skrócie wygląda tak:

 uzyskanie PR → nostryfikacja → rezydentura i klepanie biedy → ewentualnie fellowship → licencja prowincjonalna → praca jako samodzielny lekarz

 Nostryfikacja sama w sobie jest prosta – ot, trzeba zdać egzaminy. Tylko że kosztują one sporo, a ze względu na kolejki, wymogi formalne, oczekiwania na egzaminy itp. może zająć ona nawet kilka lat, jak ci się powinie noga. Ale nie ma powodu, dla którego byś miał jej nie zrobić (no, może poza znajomością języka). No i możesz być czasem poproszony o zrobienie jakichś kursów na uniwerku.

 Prawdziwe schody to rezydentura, a właściwie to nie schody, tylko drabina… a być może i ściana. Licencja prowincjonalna i cała reszta to papierologia i nie będę o nich mówił.

 Tutaj musimy sobie wyjaśnić kilka kwestii.

             Po pierwsze: w Kanadzie nie ma odpowiednika LEKu/LEPu, czy też amerykańskiego USMLE.
Na niektórych uczelniach jak np. UBC nie ma nawet ocen na lekarskim tylko „zdał/nie zdał”.
W związku z tym rekrutacja na rezydentury jest w zasadzie w 100% uznaniowa – nie ma sensownej możliwości przypisania wartości punktowej do aplikacji kandydatów.

Zdałeś wszystko na uniwerku = jesteś lekarzem i aplikujesz na rezydenturę.

            Po drugie: jeśli chodzi o liczby, to sprawa wygląda w miarę podobnie do Polski. Teraz po otworzeniu kilku kierunków lekarskich w jakichś Radomiach, Kielcach i cholera wie gdzie jeszcze, liczba lekarzy kształconych co roku powinna być mniej więcej taka sama w obu krajach, czyli oscyluje w okolicach 3000. Na 100 absolwentów przypada bodaj 101 miejsc rezydenckich. Około 60% z nich to medycyna rodzinna. 100:101, ale… patrz punkt niżej…

             Po trzecie i bardzo ważne: Quebec jest jedyną prowincją, w której jest większa liczba rezydentur niż kandydatów. Co roku około 70 miejsc pozostaje nieobsadzonych. Język francuski jest wymogiem przy aplikacji, co odsiewa 99% ludzi. Mimo to Quebec jest wliczany do statystyk dla całego kraju. Oznacza to, że jeśli mamy 3000 absolwentów w Kanadzie i 3000 rezydentur to realnie sytuacja jest gorsza, gdyż z tych 3000 spora część jest w Quebec i bez znajomości francuskiego – zapomnij.

             Po czwarte: jako IMG (International Medical Graduate) nie możesz brać udziału w pierwszym naborze na rezydentury. A pojawiają się informacje, że nie ma być możliwości nawet i w drugim… W uproszczeniu: możesz aplikować tylko tam, gdzie nie ma kanadyjskiego (ew. amerykańskiego) kandydata. Oznacza to, że aplikujesz na bardzo, ale to bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Przez kanadyjskiego/amerykańskiego kandydata rozumiem kogoś, kto w danym kraju ukończył medycynę. Kanadyjczyk po Cambridge w UK jest traktowany jako IMG.

            Po piąte: co roku jest ok. 2000 IMG, którzy aplikują na miejsca, które nie zostały zajęte przez Kanadyjczyków, a do tego mamy ok. 200 Kanadyjczyków, którzy nie dostali miejsc w roku poprzednim. I z roku na rok ta liczba rośnie i to dość znacząco.

Jeśli wydaje ci się, że wychodzi jakieś pińcet kandydatów na jedno miejsce… to dobrze ci się wydaje.
A jeśli do tego doszedłeś do wniosku, że chyba jest cholernie ciężko dostać takie miejsce, to daleko od prawdy nie jesteś.

            Po szóste: jak już złożysz papiery na jakiś program i będą Tobą zainteresowani, to najpewniej dostaniesz zaproszenie na interview. A że chcesz składać wszędzie, gdzie się da, to wydasz masę kasy na samoloty i hotele.

             Po siódme: w Kanadzie, a zwłaszcza w naszej dziedzinie, tytuły naukowe mają wartość bliską zeru i ogólnie jest jeden wielki syf, jeśli chodzi o te tytuły Dr., PhD i pochodne. Teoretycznie, kończenie medycyny w USA/Kanadzie jest uznawane za doktorat, a nie odpowiednik magistra, jak polski tytuł „lek.”. Podobne cuda niedawno weszły do farmacji (PharmD), więc „doktorów” tutaj w cholerę – lekarzy mało. Nawet chiropraktyk czy gość po optometrii ma prawo do tytuł Dr., a ani to lekarz ani osoba z doktoratem. W każdym razie pamiętaj, że bardzo duża część tutejszych doktorów nie jest żadnym doktorem w, nazwijmy to: polsko-europejskim rozumieniu, a jedynie magistrem prawa, farmacji, medycyny i jeszcze paru innych kierunków.

Nie jest niczym nadzwyczajnym znaleźć dziekana/rektora uczelni medycznej bez „prawdziwego” doktoratu.

Doktorat będzie ładnie wyglądał na papierze, ale dużo Ci nie da.

              Po ósme: z każdym rokiem bez praktyki w zawodzie (lub od momentu ukończenia uczelni, jeśli składasz świeżo po zdanym LEKu) szanse na otrzymanie miejsca spadają dość drastycznie.

Więc jeśli zdałeś nostrę i składasz papiery 3. rok z rzędu na rezkę, to bym szczerze zaczął rozważać powrót do Polski.

              Po dziewiąte: w Kanadzie są tysiące lekarzy, którzy próbowali uzyskać licencję, a teraz jeżdżą taxi lub pracują w dowolnym innym zawodzie. Spotykałem się ze źródłami kanadyjskimi mówiącymi o 10.000 takich ludzi, ale nie byłem w stanie tego zweryfikować; choć gdy porównamy liczby aplikantów vs. miejsc, wydaje się to przynajmniej teoretycznie możliwe. Osobiście znam jednego polskiego lekarza, który po latach prób (i dziesiątkach tysięcy $$) dał sobie spokój i jeździ taksówką.

              Po dziesiąte: z racji ww. pełnej uznaniowości procesu przyznawania rezydentur, nie wszystko zależy od ciebie. Możesz zdać wszystkie egzaminy na 100% i nigdy nie dostać zaproszenia na interview nawet do najbardziej zapyziałej dziury.

              Po jedenaste: wśród swoich kanadyjskich znajomych mam osobę odpowiedzialną za rekrutację na jeden z programów anestezjologii. Nie mam dobrych informacji – spora część miejsc (ale nie wszystkie) jest zarezerwowana dla kuzyna/ciotki/wujka/babci/dziadka itp. Często zapraszają ludzi na interview tylko po to, żeby odstawić szopkę, że niby sprawdzali 20 kandydatów, ale ostatecznie córka rektora byłą najlepsza, kolokwialnie rzecz ujmując. Jeden przypadek reprezentatywny oczywiście nie jest, ale też moje doświadczenie mówi, że nie jest to sytuacja zupełnie wyjątkowa.

Medyczna Kanada referencjami, listami polecającymi oraz znajomościami stoi. Znacznie bardziej niż Polska. Znacznie. Możesz mieć 100% z każdego testu na studiach, wolontariat w Korei Północnej, publikacje naukowe w renomowanych czasopismach i order Orła Białego, a i tak bez perfekcyjnych referencji nie dostaniesz się nigdzie. I nie ma w tym wielkiej przesady. Dotyczy to również lokalnych aplikantów. Pamiętaj: perfekcyjne referencje – bo dobre to za mało. Dla Kanadyjczyków wszystko jest amazing, perfect and f***ing dandy, więc jak będzie napisane, że jesteś „bardzo dobrym kandydatem”, to masz problem. Wszystko ma być w superlatywach – good is bad, perfect is good. Mają napisać, że skaczesz lepiej niż Małysz, kopiesz piłkę lepiej niż Lewandowski, interny to się Szczeklik od ciebie uczy, a bochenek to właściwie taki skrypt, co z kolegą na 1 roku napisałeś, jak ci się nudziło.

 Jak ci się chce, to możesz poszukać, jak to kanadyjski student (a właściwie to lekarz) z najwyższą średnią na swoim uniwerku i z osobistym poleceniem dziekana nie dostał się 2x na rezydenturę, a potem popełnił samobójstwo. Potem wyszło, że się nie dostał, bo program wymaga 3 idealnych referencji, a gość miał 2 idealne i 1 dobrą. Było za mało. 

              Po dwunaste – jeżeli jeździłeś na wolontariaty w strefach wojny – Lekarze Bez Granic albo inne humanitarne eskapady w ramach Czerwonego Krzyża – to może to drastycznie zwiększyć twoje szanse na sukces. Wolontariat, czy też pseudowolontariat, jak ja to określam, ma ogromne znaczenie przy aplikacji na medycynę. W przypadku rezydentur znaczy mniej, ale jeżeli masz konkretne papiery potwierdzające udział w akcji humanitarnej itp., to zdecydowanie ci to pomoże.

A mówię pseudowolontariat, ponieważ w praktyce musisz popracować jako wolontariusz, żeby mieć realne szanse na przyjęcie na lekarski – jest to jeden z 3-4 głównych czynników decydujących o naborze do med school. Więc jeśli wymagają bycia wolontariuszem, to w mojej ocenie nie jest to już wolontariat, a przymusowe bezpłatne praktyki.

                 Po trzynaste – wymagania – prawdziwe wymagania – dla danego programu/rezydentury nie są nigdzie publikowane. Może być tak, że nie rozważają kandydatów ze średnią poniżej X, niezależnie od reszty osiągnięć. Albo musisz mieć min. 2 lata wolontariatu. Albo być mocno zaangażowany w swoje „community”. Możesz znaleźć wskazówki, że szukają ludzi zaangażowanych w badania naukowe, ale nie napiszą, że aby być branym pod uwagę musisz mieć min. 3 publikacje w czasopiśmie o danej renomie + pół roku zaangażowania w 1 duży projekt badawczy. Teraz pomyślmy chwilę i dajmy się ponieść fantazji. Faktyczne wymagania (są one faktycznie spisywane i przechowywane tak, aby była choćby iluzja obiektywności, tudzież podkładka, że robią wszystko zgodnie z regulaminem, a że zmienia się je co roku, to inna sprawa) są utajnione – jak myślisz, jak duże są szanse na ustawienie wymagań pod konkretnych i zupełnie przypadkowych (bo przypadkowo są dziećmi kolegów) kandydatów? Albo szanse na przypadkowe przekazanie synowi kolegi, że akurat jak on będzie kończył za 2 lata, to będą wymagać 2 dużych projektów badawczych oraz zaangażowania w organizacje studenckie, bo oni cenią „leadership”? Ale spokojnie – to tylko fantazja… przecież w kraju takim jak Kanada, który dba o równość szans dla wszystkich obywateli, takie przejawy nepotyzmu by miejsca nie miały! 😉

Ok. Nie chciałem Cię przerazić albo wmówić, że to okropny kraj i w ogóle wszystko jest złe i nie dasz rady. Raczej w mniej lub bardziej poważny sposób chcę powiedzieć, że jest to kraj jak każdy inny i ludzie zasadniczo tacy sami – zwłaszcza, kiedy do gry wchodzą duże pieniądze. A w medycynie północnoamerykańskiej są duże pieniądze. Po prostu się nie czaruj, że tutaj niby się ocenia tylko według zasług, umiejętności czy nikt nie kombinuje, a znajomości się nie liczą.

 Osobiście jestem z tych ludzi, którzy twierdzą, że „się da” wiele rzeczy zrobić i osiągnąć, ale też nie lubię wciskania sobie kitu, że można wszystko.

             W praktyce musimy rozróżnić dwa przypadki – chcesz być lekarzem rodzinnym albo chcesz być specjalistą. Różnica jest ogromna.

  Jeśli chcesz być lekarzem rodzinnym, to masz dość realną szansę na powodzenie całej operacji.

Główna zaleta jest taka, że jest to zdecydowanie najkrótsza rezydentura (2 lata).
Znakomita większość (strzelam, że 90%) miejsc, które są dostępne dla IMG, to rezydentury pośrodku niczego z medycyny rodzinnej.

Jeśli nie masz problemu z podpisaniem lojalki na 5 lat, mieszkaniem gdzieś, gdzie pewnie nawet nie myślałeś, że można mieszkać – to możesz zacząć myśleć poważniej nad swoimi planami.
Z reguły dostanie takiego miejsca jest związane z pracą w danym miejscu przez 5 lat właśnie (lojalka) po ukończeniu specki.

 Szanse są przyzwoite, ale też nie każdemu się udaje. Nie jestem niestety w stanie powiedzieć, czy szanse wynoszą X czy Y%, ale jeśli coś ma szansę się udać, to jest to zdecydowanie medycyna rodzinna.

Opcja druga – chcesz być specjalistą.

 Zacznę od tego, że w teorii jakaś szansa zawsze jest. Być może nawet słyszałeś historię o kimś, komu się kiedyś udało. No właśnie – kiedyś i komuś. Albo w USA. A tak bardziej serio – będzie ciężko i nie ma co owijać w bawełnę. Jeśli chcesz być specjalistą, to masz mimo wszystko większe szanse w USA.

 Jeśli jesteś okulistą, radiologiem czy dermatologiem (czy inna specka, w której jest dużo $$ w Kanadzie) i chciałbyś pracować w tej samej specjalizacji również w Kanadzie, to twoje szanse są bliskie zeru. Nie 5% czy 10% – niemal zero. Może jakieś 1 czy 2%.

Miejsc dla Kanadyjczyków na dermatologię, okulistykę, endokrynologię itp. jest dokładnie tyle, co w Polsce – czyli wcale. Więc wyobraź sobie, że możesz w Polsce składać papiery na dermę tylko wtedy, kiedy nie ma żadnego Polaka, który by chciał zaaplikować. Słyszałeś kiedyś o wolnym miejscu na dermatologii? Ja też nie.

 Nie twierdzę, że jest to reguła, ale osobiście znam tylko 1 przypadek, gdzie człowiek znikąd (bez pleców, znajomości itp.) dostał rezydenturę (ortopedia) w niedalekiej przeszłości. Wszyscy inni, o których myślałem, że byli znikąd, jednak byli „skądś”. A to już brat pracował od 10 lat w Kanadzie jako lekarz i poznał kogo trzeba i załatwił referencje, a to kanadyjska rodzina żony była „medyczno-lekarska” i inne takie historie. Oni już mieli dobry, medyczny punkt zaczepienia na miejscu. Może ten mój rodzynek znikąd też się okaże skądś za jakiś czas? Kto wie…

 I żeby nie było – nie twierdzę, że nie ma osób (IMG), które dostały miejsce, bo były zwyczajnie dobre. Co więcej, mam nadzieję, że jest ich sporo i będzie więcej. Mówię jedynie o przypadkach, które znam osobiście.

Moja rada – jeśli nie wiesz na 100% albo przynajmniej 90%, że ktoś pleców nie miał – załóż, że jednak miał jakiegoś asa w rękawie. Unikniesz rozczarowań, czemu to ty z 2 doktoratami i 10 latami praktyki nie dostałeś miejsca, a jakiś młody gość z Indii świeżo po med school i z łamanym angielskim dostał się na okulistykę. Miejsca na specjalizacji, gdzie dobija się do 1 mln $ rocznie nie dają w chipsach ani na egzaminach. Równie dobrze możesz składać papiery na prezesa Orlenu, nie mając żadnych powiązań w polityce.

 Znam przypadki kilku polskich (i nie tylko) specjalistów, którzy tutaj zrobili takie same specjalizacje, jak w kraju rodzimym, ale są to historie sprzed wielu wielu lat, więc ciężko mi wyciągnąć jakieś wnioski, które by miały przełożenie na dzień dzisiejszy. Jedyne, co je łączy to to, że zajęło im to blisko 10 lat, aby na koniec robić to samo, co już wcześniej robili w domu.

 Znam za to kilku specjalistów m.in. radiologii i chirurgii, którzy po prostu się poddali, bo przyjechali z rodzinami i nie było ich stać na min. 2 lata bez pracy, aby zdać i opłacić wszystkie papiery, bo przecież rodzina coś jeść musi.

Podsumowując: szanse, że dostaniesz rezydenturę gdziekolwiek w jakiejkolwiek specjalizacji są bardzo niskie.

 Osobiście bym rozważył to jedynie w sytuacji, gdy bierzesz pod uwagę plan B, czyli medycyna rodzinna.

Pomijam już wkurzenie spowodowane przechodzeniem przez speckę od początku – czyli harówka od rana do nocy za marną pensję. W teorii ta pensja nie jest aż taka niska – ok. 50k $/rok ale jest to brutto, a do tego książki i inne wydatki związane z kształceniem kosztują grube tysiące rocznie.

Zresztą jeśli jesteś lekarzem, to wiesz, jak to jest i jaka jest różnica pomiędzy tym, co dostajesz, a tym, co ludzie myślą, że dostajesz.

 Zarobki

            Nie sposób nie wspomnieć o zarobkach, jakie was czekają, jeśli wszystko się uda. Ktoś może wygooglować zarobki radiologa czy okulisty i stwierdzić, że dla takich pieniędzy warto ryzykować.

Czy warto, to nie wiem, bo to kwestia indywidualna, ale mogę podpowiedzieć, jak czytać wszystkie zera przy zarobkach lekarzy w Kanadzie.

 A i pamiętaj, że na emeryturę odkładasz sam, chorobowego nie masz, urlopu nie masz, nie masz też żadnych benefitów.
Ot, taka praca na klauzuli opt-out całe życie.

Ostrzegam, że użyję tutaj również wielu uproszczeń, żeby to było w miarę zjadliwe objętościowo.

W Kanadzie nie ma właściwie prywatnej służby zdrowia (no dobra, jest, ale nie będziemy drążyć), a wynika to z tego, że albo masz umowę z lokalnym oddziałem NFZ, albo pracujesz prywatnie.

Jako kardiolog nie możesz np. od 8 do 12 przyjmować na NFZ, a potem brać 200/300/500$ za konsultacje w prywatnym gabinecie, jak to jest w USA. Albo-albo. W praktyce jest 99% szans, że będziesz pracował z kanadyjskim NFZ. Czyli za każdą procedurę wystawiasz fakturę po znanej cenie i nieważne jaką masz renomę czy tytuł naukowy (znowu pewne uproszczenie). I pewnie to jest wytłumaczenie, czemu nikt prawie nie robi doktoratów w medycynie. Poza satysfakcją oraz rachunkiem na ponad 100 tys. dolarów za czesne + kilka lat na jego zrobienie dużo z tego nie masz, jeśli chodzi o finanse.

 Teraz coś głównie dla młodszych kolegów, którzy są na studiach czy świeżo po studiach, bo starsi z własnymi gabinetami wiedzą, jak to działa.

 Ty jako biznes „Lekarz od wszystkiego Sp. z o.o.” dostajesz 100 dolarów za konsultację.

Teraz sobie odlicz trochę na wynajem gabinetu, potem na opłacenie miłej pani na recepcji, a często i do tego pielęgniarki, która zmierzy ciśnienie i zrobi początkowy wywiad, który i tak będziesz musiał zrobić od zera, bo ona nie wie, że hydroksyzyna to coś innego niż hydralazyna i… dobra, starczy.

Jak już odejmiesz od tych 100$ koszt prowadzenia działalności, to wtedy jeszcze odejmij podatek i masz jakiś zysk na czysto. Wiem, że już byś chciał kupić BMW, ale kasa dalej jest na koncie twojego lekarskiego biznesu. Więc teraz wypłacasz sobie pensję i płacisz podatek dochodowy…

Tyle mocno uproszczonej teorii. W praktyce, w zależności od specjalizacji, możesz odjąć od 40 do 70% z tego, co widzisz w googlach i będziesz miał kwotę do wydania na swoje nowe BMW, które się zakopie przy pierwszym konkretnym śniegu. Kup sobie F150 i podnieś zawieszenie o metr – jak na prawdziwego kowboja przystało. Nie dziękuj, nie ma za co.

 Radiolog – odejmij 70%, inne specjalizacje – 40-50%. Więc na szybko: jak widzisz, że lekarz o specjalizacji X zarabia 400k $, to pewnie jakieś 200k to jest jego realny dochód.

 Możesz robić całkiem sporo kombinacji podatkowych, które pozwolą ci oszczędzić po kilkadziesiąt tysięcy $ na rok na podatkach, ale lepiej zapłać komuś, kto się na tym zna.

 Musisz też zwrócić uwagę na to, czy mowa np. o zarobkach radiologa, który ma własny gabinet (i kupił sprzęt do rtg, usg itp.), czy też pracującego w szpitalu. Znajdziesz statystyki, które mówią, że radiolog ma 350k, a i znajdziesz takie, które mówią o 900k średnio.

 Koniec końców zarobki są dobre, ale myślę, że warto wiedzieć, że twoje zarobki nie będą rosnąć wraz z doświadczeniem, bo będziesz dostawał za świadczenie dokładnie tyle samo, ile dostawałeś wcześniej.

 Tutaj jest bardzo dobry przykład takiego cennika:

 https://shawnwhatley.com/what-doctors-charge/

  Czy warto?

 Moim zdaniem, jeżeli masz więcej niż 35 lat – odpuść sobie. Cały proces zajmuje lata (załóż 8-10, to się nie rozczarujesz) i wystarczy jakaś jedna większa wpadka, żeby całe plany legły w gruzach. Mając bardzo przystępne możliwości wyjazdu i robienia specki w UE, nie bawiłbym się w ryzyko wyjazdu aż do Kanady.

Będziesz też dość często się zastanawiał, czy twój kanadyjski kolega-lekarz znalazł swój dyplom w opakowaniu chipsów, czy może jednak był to poniedziałkowy dodatek do lokalnej gazety.

 Jeśli jesteś świeżo po uczelni medycznej i przed 30 to myślę, że można próbować, a w razie braku rezydentury po 2-3 latach prób wrócić do Polski czy Europy. Ewentualnie można poczekać kolejne 2 lata i dostać obywatelstwo i wtedy wrócić.

 Jeśli zrobiłeś już speckę i masz swój własny gabinet, to nawet nie myśl o przyjeździe tutaj.

 O robieniu med school od zera tutaj – zapomnij. Dla studentów zagranicznych czesne dochodzi do 100 tys. $/rok (bodaj UofT, jak pamiętam), nie każdy med school posiada international program, a żeby się dostać, trzeba planować aplikację lata naprzód. Do tego z reguły 90% miejsc jest zarezerwowane dla ludzi, którzy już mieszkają w danej prowincji (jeśli myślisz o aplikowaniu świeżo po lądowaniu na podstawie PR). Trzeba być rezydentem danej prowincji przez min. 2 lata, aby kwalifikować się jako lokalny według tutejszych uniwersytetów. A i wymagana jest średnia ze studiów w okolicach 3.8/3.9 na 4.0 możliwe.

Daj sobie spokój.

Porównując pracę jako lekarz w USA oraz Kanadzie, mogę powiedzieć, że work-life balance jest lepszy w Kanadzie. Dla lekarza rodzinnego nawet zarobki są o dziwo trochę lepsze w Kanadzie.

Różnica w zarobkach, zwłaszcza specjalisty, jest tak ogromna (gdy masz już jakąś renomę oraz doświadczenie), że bardziej się opłaca latać co drugi tydzień do US, a potem wracać do Kanady niż pracować na stałe w Kanadzie.

Więc w praktyce możesz pracować mniej, a zarabiać więcej albo i tak samo. W USA, jeśli chodzi o zarobki lekarzy, to powiedzenie sky is the limit jest jak najbardziej prawdziwe.

Choć muszę też uczciwie wspomnieć, że szansa na pozew „bo kolano mnie boli po badaniu wzroku” jest tak mniej więcej 5000000% wyższa w USA niż w Kanadzie. W Kanadzie musiałbyś amputować głowę zamiast nogi, żeby mieć problemy tak naprawdę albo i nawet to nie, bo Kanadyjczyk zawsze powie, że ich lekarze i służba zdrowia są amazing i najlepsze na świecie.

Ważne

 Na koniec powiem coś dla Polaków mieszkających w Kanadzie na temat lokalnej służby zdrowia, a raczej lekarzy. Tak jak przeciętny kanadyjski lekarz bije polskiego na głowę, jeśli chodzi o „obsługę klienta”, tak przeciętny polski „konował, co bierze hajs za nic” bije kanadyjskiego jeszcze bardziej, jeśli chodzi o wiedzę. Jeśli kiedyś zdarzy się Tobie albo komuś z twojej rodziny poważnie zachorować – pakuj się w pierwszy samolot i leć do Polski – przynajmniej na diagnostykę. Zwłaszcza jeśli masz problem związany z czymkolwiek ginekologiczno-położniczym. Patologia ciąży jest na poziomie mułu na dnie delty Mekongu. W mojej rodzinie już była jedna tragedia z tego powodu – w Twojej nie musi.

Jeśli masz możliwość, to wybierz jako lekarza rodzinnego Polaka, Ukraińca, Rosjanina – pewnie będzie gburowaty, ale jest większa szansa, że jak mu powiesz, że masz WPW, to będzie wiedział, że mowa o sercu, a nie nodze. Oczywiście nie każdy Kanadyjczyk będzie kiepski, a każdy „nie-Kanadol” niesamowity.

*Autor wolał pozostać anonimowy. Zapraszamy jednak do zadawania pytań poniżej, a postaramy się pomóc najlepiej, jak to możliwe. 

IT

Zawód związany z IT. Opisane pytania tyczą się większości specjalizacji w tym sektorze. Post powstał dzięki Wam i Waszej aktywności na naszej grupie eKanada na FB.

1. Jak wygląda sprawa zatrudnienia w IT?

Zależy ewidentnie od pracodawcy, warunków umowy, benefitów itd. – bez kalkulacji ciężko odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie, bo składa się na to wiele czynników. Niemniej jednak, pojawiają się oferty pracy zarówno dla self-employed, jak i w postaci “klasycznego” zatrudnienia.

2. Jak wygląda kwestia certyfikatów branżowych przez pracodawcę? Na które mniej lub bardziej zwracają uwagę – które po prostu jest dobrze mieć?

Certyfikacje są generalnie kiepsko poważane, bo i niewiele mówią o kandydacie – zazwyczaj nie idą za tym umiejętności, a po prostu znajomość metodyki rozwiązywania konkretnych testów egzaminacyjnych (patrz: certyfikaty Microsoftu). Wiadomo, lepiej mieć niż nie mieć, ale nie jest to “winning factor” – dopiero certyfikaty na poziomie CCNP/CCIE lub MCSD/MCSE mogą Ci dać cokolwiek na plus, ale i to tylko, gdy konkretny pracodawca będzie wykorzystywać konkretne technologie.
Znacznie bardziej cenione jest doświadczenie zawodowe w międzynarodowych firmach, projekty open source, czy po prostu występowanie jako prelegent na międzynarodowych konferencjach branżowych.

3. Moja specjalizacja jest obecnie w NOC A. Czy grupa NOC potrafi się zmienić? (Grupa NOC jest ważna w programach imigracyjnych)

Raz na jakiś czas NOC potrafi się zmienić, ale dzieje się tak bardzo rzadko. Nie sądzę, że cokolwiek na poziomie software developmentu spadnie w najbliższych latach poniżej NOC A (maksymalnie do B, chociaż nie sądzę), szczególnie biorąc pod uwagę zapotrzebowanie na tym rynku na ludzi z doświadczeniem – które na dodatek stale rośnie.

4. Gdzie w sektorze IT o pracę najłatwiej?

W IT najlepszymi miejscami do szukania pracy są prowincje Ontario, British Columbia i Quebec, z czego większość to oferty pracy z Toronto, Vancouver i Montrealu. Gdy się ma przyzwoite doświadczenie, znalezienie pracy w IT nie jest problemem w tych miejscach – niezależnie od specjalizacji.

 

W tym zawodzie posiadanie profilu na Linkedin to podstawa. Jak wygląda kanadyjskie CV (resume) i jak szukać pracy znajdziecie tutaj.

Truck Driver – Kierowca ciężarówki

Pierwszym zawodem w serii jest zawód, dzięki któremu można w dość łatwy sposób emigrować do Kanady, czyli kierowca ciężarówki.

W skrócie: trzeba być kierowcą ciężarówki, najlepiej z min. rocznym stażem, znaleźć firmę w Kanadzie, która zechce Cię zatrudnić i załatwi LMIA (lub sponsorowanie prowincji), dzięki któremu dostanie się WP, a potem PR.

To, czy na pewno dostaniemy PR i w jaki sposób to nastąpi, to już zależy od prowincji, jaką wybierzemy i pracodawca ma tu niewiele do rzeczy, bo należy przede wszystkim spełnić wymagania danej prowincji – więcej tutaj. (Osoby ze słabym angielskim i bez studiów powinny trzymać się z dala od Ontario). Najlepiej wybrać Saskatchewan, Manitobę lub jedną ze wschodnich prowincji, wszystkie tu wymienione mają najlżejsze przepisy imigracyjne.

Jak znaleźć firmę, która zechce Was ściągnąć?

  • Najszybciej na stronach yellowpage, kijiji, jobbank itp. powysyłać resume, gdzie się da. Firmy przewozowe robią nabory w Europie, więc jeśli traficie na taką, co akurat taki nabór szykuje, to na pewno dostaniecie informacje, w jakim mieście i kiedy można przyjść na interview.
  • Można też znaleźć takie firmy na targach w Anglii czy Austrii, gdzie nie tylko firmy przewozowe, ale też oficerowie imigracyjni zazwyczaj z preryjnych prowincji robią wstępny nabór pracowników, na których jest zapotrzebowanie.
  • Można przyjechać do Kanady na wizie turystycznej i poszukać takowej firmy na własną rękę (uwaga: celnik musi mieć pewność, że nie będziecie pracować na wizie turystycznej).
  • Instagram, przykład ogłoszenia z marca 2017:

  • Facebook np. u osób z branży:

  • Czy też spróbować wysłać resume do jednej z tych firm z Manitoby:

Prawo jazdy

Co by się jeszcze przydało?

  • Doświadczenie – pracodawca będzie Was sprawdzał, wypadałoby umieć jeździć 😉
  • Wiza turystyczna do USA – ponieważ duża część firm wysyła pracowników po towar do USA, no i na wyjazdach do USA zarabia się największe pieniądze.

Kursy

Żeby przystąpić do szkoły, trzeba zdać egzaminy teoretyczne z przepisów i hamulców powietrznych (air brakes). Egzamin teoretyczny, który obejmuje
inspekcję auta (mówienie egzaminatorowi, co się sprawdza w aucie i naczepie tutaj), test hamulców powietrznych (test, w którym trzeba mówić i testować każdy system tutaj). Jak to się zaliczy, to jest parkowanie tyłem i jazda ok 30-45 minut po mieście. Linki do odpowiedniego urzędu w danej prowincji znajdziecie tutaj.

Przykładowe firmy organizujące kursy:

By uniknąć opłat za kursy i egzaminy, które potrafią dojść do 7 tys. CAD, należy znaleźć firmę, która w zamian za podpisanie lojalki na pewien okres czasu  poniesie te opłaty. Nie ukrywam, że by taką firmę znaleźć, należałoby mieć w tej firmie już jakiegoś znajomego.

Zarobki

Zarobki są w większości zależne od liczby przejechanych mil – średnio to jest między 0,38-0,42 CAD za milę i dochodzą jeszcze do tego bonusy od 0,01 do 0,03/milę za liczbę przejechanych mil w miesiącu (performance bonus), safety bonus, czyli za jazdę bez przekraczania ograniczenia prędkości, przejazd przez granicę z odpowiednimi pozwoleniami. Do tego jeszcze dochodzą (w zależności od firmy): od 50 do 100 dolarów bonus za trzymanie na drodze przez DOT i pozytywną inspekcję (papiery oraz stan ciągnika i naczepy), jak i layover powyżej 24 godzin 100 dolarów za każdy dzień.
Minimalny limit, jaki się przejeżdża na miesiąc to 10 000 mil (16 000 km), ale i tak większość robi 12 tys. mil i więcej (pojedyncza obsada), ale da radę bez problemu zrobić i 15 tys. mil (24 tys. km). Zarobki zaczynają się średnio od 55 000 CAD brutto i w górę, wszystko to zależy od kierowcy, ile już dalej chce zarobić.
Czas, który kierowca musi być na drodze to, uśredniając, minimum od 7 do 12 dni.
Za pracę w lokalu dostaje się stawkę godzinową zazwyczaj od 18 CAD i w górę za godzinę za pierwsze 9 godzin i 1,5 stawki powyżej 9 godzin .
Ale niestety wiele firm się stara nie przekraczać tych 9 godzin. 😕

 

Życie truck drivera w Kanadzie można poznać dzięki blogom i vlogom, najlepsze poniżej:

Rafał Zazuniuk

Iwona Blecharczyk

ThygeRRR (satyrycznie)

Bernadetta

 

Szczególne podziękowania dla Martina za pomoc w przygotowaniu posta.